Migotka

Zjawiła się niespodziewanie – nie zapowiadając się. Nie oczekiwałam jej i nie zapraszałam. A ta mała istotka nagle wyważyła „drzwi” do mojego życia, do mojego serca. Drzwi, które na ponad dwadzieścia lat mocno zatrzasnęłam, zabarykadowałam przed wszelkimi kocimi stworzeniami. Bałam się ich – bałam się wszelkiego z nimi kontaktu a już najbardziej dotyku. Dlaczego? Skąd wziął się ten paraliżujący lęk? Przyczyna bolesna jak sam lęk. Kot kojarzył mi się z toksoplazmozą – chorobą odzwierzęcą, której nosicielami są koty. Pewnego listopadowego wieczoru dowiedziałam się od lekarza ginekologa, że mam tę chorobę. Ze spokojem oświadczył mi, że dziecko, które nosiłam w swoim łonie(siódmy miesiąc) nie ma szans na przeżycie. A o ile uda mu się urodzić, to nie będzie normalne i wkrótce umrze. Mówił to tak spokojnie patrząc na moje wyniki krwi, wykazujące istnienie tej choroby, a ja wówczas umierałam z przerażenia. Zamarło moje serce. Znieruchomiało moje jeszcze nienarodzone dziecko. Czarna noc, czarna wizja… Byłam martwa. Życie wróciło do mnie na drugi dzień. Obudziłam się i szukałam ratunku dla mojego dziecka.

Na szczęście spotkałam mądrego profesora z Akademii Rolniczej we Wrocławiu, który co prawda nie wykluczył istnienia toksoplazmozy, ale dał mi nadzieję, że wszystko jest w ręku Boga. Do końca ciąży, do porodu syna, byłam przygotowana na wersję najgorszą, ale też miałam cichą nadzieję, że wszystko zakończy się dobrze. Udało się Dziecko urodziło się całe i zdrowe a i ja wkrótce pozbyłam się tej strasznej choroby. Lęk pozostał. Odziedziczył go też mój syn. Oboje obawialiśmy się wszelkiego kontaktu z tymi zwierzętami. Aż tu nagle, po tylu latach, znajduję na tapczanie, w moim domu, małego kotka – zwiniętego w kłębuszek. Przyniesiono mi go w nadziei, że rozweseli mnie, dostarczy towarzystwa. A ja cóż wówczas zrobiłam? Patrzyłam na i paraliżował mnie strach. Moje ręce były sztywne i napięte. A jednak coś ciągnęło mnie do tego małego. Stworzenia. Jego rozkoszne minki, piękny pyszczek rozbroiły mnie. Delikatnie dotknęłam go i -poczułam miękkość jego futerka. Przeciągnął się, mlasnął różowym języczkiem i już wiedziałam, że zostanie u mnie. Kotek okazał się kotką, którą nazwałam Migotką. Z godziny na godzinę, z dnia na dzień znikał mój lęk, moja awersja do kotów, aż zapomniałam, że coś złego może mnie spotkać z ich strony. W zamian otrzymywałam wesołe towarzystwo, ciepłą, mruczącą przytulankę, mądrą terapeutkę, która bezbłędnie znajdowała bloki w moim ciele i tam usadawiała się likwidowała je. Uczyła mnie elastyczności ruchów, naciągania mięśni, leniwego przeciągania się, poruszania się z gracją, bo tylko koty robią to najlepiej. Pokazała mi, że chodzenie swoimi ścieżkami, bycie niezależnym i zachowanie własnej indywidualności jest zaletą a nie wadą. Razem z nią koncentrowałam się na swoim wnętrzu. Odkrywałam swoją wewnętrzną moc, skąd czerpię siłę i spokój. Dziękuję ci za to wszystko Migotko.

Kiedy piszę ten tekst, kręcą się obok niej jej dzieci – trójka wesołych maluchów, na które od czasu do czasu pomrukuje, by za chwilę z ogromną dokładnością myć je – bo koty to najczystsze zwierzęta. Ich futerka są lśniące, błyszczące i zadbane. Lubią czystość i dbają o utrzymanie jej. Warto uczyć się tego od nich.