Sztuka szczęśliwego życia i trzy podkówki szczęścia

Podkówka zawsze była dla mnie symbolem szczęścia, tak jak czterolistna koniczynka. Znalezienie jednej lub drugiej było dla mnie zapowiedzią szczęścia.

Szukałam więc czterolistnej koniczynki i podkówki, lecz niestety nie mogłam ich znaleźć – tak, jak szczęścia.

Inni moi znajomi z łatwością znajdowali te czterolistne koniczynki a ja ciągle nie, choć bardzo tego pragnęłam. Mocno wytężałam wzrok, ale one pochowały się przede mną. Tak wówczas myślałam.

Pogodziłam się, że innym sprzyja los, że mają szczęście- a mnie nie. Miałam nadzieję, że kiedyś po śmierci, po drugiej stronie, ja też tego doświadczę.

A tymczasem patrzyłam na szczęście ludzi, którym sprzyjał los. Podziwiałam i zachwycałam się ich udanym, radosnym i bogatym życiem.

Wewnętrznie bardzo pragnęłam też tego doświadczać, ale nie wierzyłam, że zasługuję na takie piękne i szczęśliwe życie.

Nie miałam odwagi, aby wyrwać się z apatii, bezradności, biedy. Brakowało mi wszystkiego, ale w nadmiarze miałam paraliżujący mnie lęk. To on trzymał mnie mocno w swojej garści i nie pozwalał mi na zrobienie, choć jednego kroku do przodu. Serwował mi smutek, cierpienie, niską samoocenę, bezbronność, beznadziejność, problemy finansowe. Słowem jedno wielkie nieszczęście.

Pogodziłam się z takim losem. Myślałam, że szczęście jest tylko dla szczególnie wybranych, a ja w tym gronie niestety nie znalazłam się.

Jakże bardzo się myliłam.

Na szczęście Najwyższy i Wszechświat nie zapomniał o mnie i nigdy nie zapomina. Dostałam szansę.

Tym razem zdobyłam się na ten odważny krok do przodu. Wzięłam pożyczkę z Kasy Zapomogowo-Pożyczkowej i pojechałam na warsztaty pod Ślężę. Warsztaty były zatytułowane: Sztuka szczęśliwego życia. Prowadził je bardzo dobrze naturoterapeuta Bogusław Waśkiewicz.

Obudziłam się na tych warsztatach i obiecałam sobie, że teraz uczynię wszystko, aby przemienić to nieszczęśliwe życie, w szczęśliwe.

Po powrocie z tych warsztatów mocno wzięłam się za przebudowę swoich przekonań, za tworzenie marzeń.

Marzenia dla mnie nie istniały przez dobre dwadzieścia lat. Zapomniałam o tym, że można marzyć. Przecież nie spełniają się i nie ma czasu na ich tworzenie. Po prostu nie ma ich.

Zmieniłam swój stosunek do marzeń i przypomniałam sobie, że kiedyś w dzieciństwie marzyłam i wiele z tych marzeń się spełniło, co prawda po czasie, ale się spełniły.

Jedno z moich marzeń, które przyszło do mnie, zaraz po przyjeździe z warsztatów, to pragnienie, aby znaleźć się w Paryżu. Usiądź w małej kawiarence, takiej z obrazu Van Gogha i napić się pachnącej kawy. Dlaczego takie pragnienie pojawiło się? Naprzeciw mojego biurka w pracy, wisiał obraz Van Gogha- „Paryska kawiarenka”. Wisiał tam od dawna, ale ja go wcześnie nie zauważałam. Dopiero teraz go zobaczyłam i zapragnęłam tam pojechać. Marzenie, wtedy było dla mnie irracjonalne. Niemożliwe do spełnienia. Nie miałam pieniędzy na niezbędne potrzeby, na zapłacenie rachunków a tu takie kosztowne marzenie. Jednak uczepiłam się go i przez długie lata wierzyłam, że się spełni. Cierpliwie trwałam przy tym marzeniu i oczywiście się spełniło – po kilku latach. Dwukrotnie było mi dane zakosztować smakowitej kawy w paryskiej kawiarence. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Wróćmy do momentu, kiedy to z ogromną gorliwością wzięłam się za przebudowę swojej osobowości. Zaliczałam różne kursy masażu, świecowania, konchowania uszu, uzdrawiania duchowego, tai czi, medycyny informacyjno-falowej itd. Szuflada mojego biurka wypełniała się dyplomami a ja rosłam w siłę. Wszystko do czasu. Jednak, kiedy trzeba było zdecydowanie odciąć się od schematu dotychczasowego życia, zabrakło mi odwagi. Zatrzymałam się. Wystraszyłam się. Co będzie ze mną? Gdzie będę mieszkać? Z czego będę żyła? Czy dobrze robię decydując się na z zakończenie wypalonego i toksycznego dla obu stron związku? Czy sobie sama poradzę? Co ludzie powiedzą? Tysiące myśli, tysiące czarnych wizji przelatywały przez moją głowę. Kto mnie utwierdzi, że dobrze robię, planując rewolucje w swoim życiu?

Potrzebowałam znaku, że to jest dobry wybór, mądra decyzja.

A znak pojawił się w najmniej spodziewanym miejscu. Leżał w głębokiej koniczynie, która porastała łąki stadniny koni. Tam jeździłam, aby regenerować siły, dystansować się do wydarzeń, w których uczestniczyłam.

Tym znakiem była pierwsza podkówka, która czekała na mnie. Gdy ją zobaczyłam, byłam zaskoczona, że ją mogłam ja znaleźć w tak wysokiej koniczynie. Nie wiedziałam, co z nią zrobić. Podniosłam ją i zastanawiałam się, czy nie powinnam oddać właścicielowi konia, który ją zgubił. Czy mogę ją zabrać dla siebie? Czy wolno mi ją zabrać?

Niepewnie trzymałam tę podkówkę w dłoni zastanawiając się, co mam zrobić z tym „szczęściem”. Obok mnie przejeżdżał młody człowiek na koniu. Zauważył moje wahanie i niepewność.

Pełnym życzliwości i radości głosem, obwieścił mi, że mam wielkie szczęście, że ją znalazłam. Radził mi, abym ją mocno trzymała i nikomu nie dawała, żebym zatrzymała dla siebie. Nie często koń gubi podkówkę i nie każdy może ją znaleźć.

Z wdzięcznością podziękowałam za szczerą radę i dopiero wówczas poczułam ogromną radość i szczęście. A więc do mnie też się uśmiechnęło szczęście. Tak długo na nie czekałam aż wreszcie znalazłam je. Widać, że na nie zasługuję. To na pewno znak z Góry, od Boga, Aniołów. Nie powinnam się wahać i podjąć konkretne, zdecydowane działania i odzyskać wolność.

W domu porządnie wyczyściłam z rdzy tę upragnioną podkówkę i od tej pory zaczęłam ją traktować, jak talizman, remedium, magnes, który przyciąga do mnie szczęście.

Kiedy przeprowadzałam się z mieszkania do kolejnego mieszkania, miasta do miasta, zawsze trzymałam ją przy sobie, tak jak moje ukochane drzewko szczęścia. Pilnowałam te moje substytuty szczęścia i wierzyłam, że z czasem prawdziwe szczęście zagości w moim sercu.

A los nie szczędził mi wówczas dramatycznych wydarzeń, doświadczeń i cudem je przetrzymałam. Doświadczenia te wzmacniały mnie i totalnie przemieniały w osobę bardziej świadomą, odważną. A moja kochana podkówka” szeptała do mnie, że będzie dobrze, żebym tylko wytrwa, przetrzymałam, że słońce napewno zaświeci do mojego życia. Słuchałam jej i wierzyłam jej. Wiedziałam, że jest ona darem od Boga, od Aniołów i jestem pod szczególną opieką. To takie ważne, aby w czasach wielkiego huraganu, sztormu, mieć swoją kotwicę. Ja ją miałam i dziękowałam za nią każdego dnia.

Czas wielkiej wichury minął i moje życie toczyło się spokojnym nurtem. Wchodziłam w świat duchowy coraz głębiej. Poznawałam siebie, swoje Boskie zadanie, Boskie uniwersalne prawa. Fascynowałam się tą Boską Mądrością, która stworzyła cały Wszechświat tak genialnie. To był czas, kiedy odkrywałam działanie Boskich Prawd w praktyce. Zadziwiała mnie ich niezmienność i skuteczność działania. Zachwycałam się ich prostotą, jasnością i uniwersalnością. Zrozumiałam, że prostota jest Boska, że ma ogromną moc.

Zwracałam uwagę na swoje myśli, słowa. Starałam się mówić prostymi słowami, pozytywnymi – tylko pozytywnymi.

Wiedziałam, że cokolwiek pomyślę, powiem, to zaraz pojawi się w mojej rzeczywistości. Byłam czujna i uważna, ponieważ pragnęłam szczęścia, radości, pokoju, harmonii, dostatku i to zaczęłam przyciągać do swojego życia.

W pełni zrozumiałam, że to ja sama tworzę swoje życie, swoje szczęście, swoje bogactwo, sukcesy.

Prawo Przyciągania działa niezwykle precyzyjnie. Skoro skupiałam się myślami na daną rzeczą, uczuciem, to zawsze to przyciągałam do siebie. Czasami natychmiast a czasami później, ale na pewno ta rzecz, uczucie, sytuacja, osoba pojawi się w moim życiu.

Tworzyłam teraz bardzo świadomie swoje szczęście. W tym okresie fascynacji Prawem Przyciągania przyciągnęłam swoją drugą szczęśliwą podkówkę.

Pewnego dnia wybrałam się na ukochane łąki, aby naładować swoje „akumulatory”. Przejeżdżałam obok nowo otwartej kawiarni, nad której wejściem zawiesili ceramiczną podkówkę. Popatrzyłam na nią i przypomniałam sobie, okoliczności, w jakich znalazłam swoją podkówkę. Minęło już sporo czasu od tamtego momentu. Szkoda, że nie było mi dane znaleźć jeszcze jedną. Myśl ta przeleciała szybciutko przez moją głowę, aby za chwilę zniknąć, bo pojawiły się następne, następne…

Był luty i trawa na mojej ukochanej łące była bardzo króciutka. Zamarznięta ziemia odsłoniła drobne gałązki, które wiatr naniósł na łąkę. A wśród tych gałązek leżała druga podkówka. Czekała na mnie. Nikogo nie było na łąkach, tylko ja i oczywiście cudowna podkówka. Jakież to niezwykłe, że ją znalazłam. Zaledwie parę minut temu zapragnęłam dostać drugą podkówką, a ona już leży u moich stóp. To niezwykłe. Tak działa Boskie Prawo Przyciągania. Tym razem nie miałam wątpliwości, że na nią zasługuje.

Wiedziałam też, że każdy zasługuje na szczęście, na podkówkę szczęścia, na czterolistną koniczynę, ale musi tego pragnąć, prosić o nią i wierzyć, że ją otrzyma.

Poznałam Boskie, uniwersalne prawa i zaczynałam stosować je w praktyce.

Już wiedziałam, że zawsze otrzymujemy od Najwyższego wspaniałe dary, ale mamy się na nie otworzyć. Mamy je zobaczyć, bo są już dawno nam dane, ale my ich nie widzimy, nie dostrzegamy…

Trzeba tylko otworzyć oczy, uszy na te wspaniałości i ufać i wierzyć a napewno je odkryjemy. Najwyższy, Źródło, który jest jedną wielką Miłością, obdarza nas swoimi darami, swoją Miłością, każdego, bez wyjątku. Tylko, czy my w to wierzymy? Czy pozwalamy sobie w to uwierzyć w Boską hojność, Boską miłość?

Ja już ufałam i wierzyłam i doświadczałam kolejnych cudów. Pozwalałam sobie przyjmować i dawać, aby kolejne Prawo Równowagi wspierało mnie w podążaniu do szczęścia.

Przyglądałam się osobie, którą wtedy byłam, trzymając drugą podkówkę. Była to już inna osoba, nie ta sprzed ośmiu lat, przemieniona. Odważna, pewna siebie, spokojna, ufna, radosna, pełna wdzięczności, miłości. Podobała mi się ta nowa ja, którą byłam. Taką chciałam być już od dawna, ale nie wiedziała, że taką już jestem, ale ukryta głęboko w moim wnętrzu. Nie widziałam jej wcześniej a teraz ujawniła się, bo ta nieszczęśliwa została rozpuszczona miłością, Światłem.

Druga podkówka, oczyszczona z rdzy i nieczystości, dołączyła do tej pierwszej i obie, razem cieszyły moje oczy i serce.

Zastanawiałam się, co ona zapowiada.

Czego oczekuje ode mnie?

Do czego mnie zachęca?

Kiedy zadawałam te pytania, wiedziałam, że wkrótce otrzymam odpowiedź. Tak też się stało.

Podpowiadała mi, że mam rozmrozić jeszcze bardziej swoje wnętrze, ze mam wejść, jeszcze głębiej w siebie i tam szukać szczęścia.

Aby wniknąć głębiej, musiałam po drodze uwolnić się od zblokowanych, negatywnych energii w mojej podświadomości, umiejscowionych w pamięci komórkowej mojego umysłu i moich ciał. Czekały na światło, na miłość.

Te nasze cienie, ciemności, których tak bardzo boją się ludzie, że wolą ich nie ruszać, czekają na uzdrowienie. A uzdrowieniem będzie przebaczenie i miłość. Wybaczając sobie, wybaczając innym, że nie zawsze postępowaliśmy harmonijnie w różnych życiach, uwalniamy się od ogromnego ciężaru, jaki dźwigamy w sobie. Gdy tak się stanie, wtedy nie będziemy z zewnątrz przyciągać ciemności do naszego życia, bo ich już nie będzie w nas. Wypełnijmy wówczas swoje wnętrze miłością i będziemy przyciągać miłość z zewnątrz.

Sukcesywnie rozmrażałam swoje cienie, wybaczając i wypełniając się miłością. Moja praca była nagradzana nowymi zdolnościami, umiejętnościami, talentami, które odkrywałam w sobie. Czekały, uśpione na odkrycie i obudzenie ze snu zapomnienia. Cieszyłam się nimi, korzystałam z wdzięcznością z tych nowych talentów i szłam dalej, dzieląc się swoim doświadczeniami, mądrością, miłością, Światłem.

Pomagałam osobom, które przychodziły do mnie po radę, pomoc, wsparcie. To cudownie wzrastać razem. Przemieniać smutek w radość, złość w miłość, braki w obfitość, nienawiść w wybaczenie. Doświadczałam cudownych wzruszeń i czułam się już bardzo szczęśliwa. Szczęście towarzyszyło mi i uważałam się za osobę, która doświadczyła wspaniałej łaski przemiany, transformacji.

Te dwie podkówki zupełnie mnie zadowoliły i nie myślałam, że mogę znaleźć jeszcze jedną. A ta trzecia czekała na mnie od bardzo dawna – w wyjątkowym dla mnie miejscu.

Leżała, głęboko zakopana, w górskiej dróżce, tuż obok góralskiej kapliczki w Poroninie.

Kapliczka, była i jest dla mnie magiczna. To tam wiele, wiele lat wcześniej przesiadywałam, medytując, zanim podjęłam ważne dla mnie decyzje, o rozpoczęciu nowego życia. To ona pokazała mi, jaką moc ma przebaczenie i miłość, kiedy dwa lata później ponownie ją odnalazłam. Minęło osiem lat i ona znowu przyciągnęła mnie do siebie. Tym razem poszłam do niej, aby podziękować za szczęście, które doświadczałam w swoim życiu.

Szłam do tej kapliczki pełna radości, miłości i harmonii. Życie cieszyło mnie. Moje pragnienia, marzenia materializowały się i czułam ogromną wdzięczność do Boga, Cudownych Aniołów, Wszechświata za wszystko, co mnie w życiu spotkało. Za miłość, za cudowne dary, którymi hojnie byłam przez te lata odbarowywana. Za moje życie, za piękno, które dostrzegam wokół, za cuda, które działy się w moim życiu. Moje serce było wypełnione ogromną wdzięcznością i wzruszeniem. Towarzyszył mi mały, czarny piesek, który wybiegł z ostatniego domu, szczekając na mnie. Nie bałam się go, lecz pełnym miłości głosem rozmawiałam z nim a on po chwili przestał szczekać i szedł spokojnie tuż za mną. Czułam, że opiekuje się mną. Pomyślałam, że to jeszcze jeden dowód wdzięczności, że teraz nie boję się psów, tak jak kiedyś. Teraz jestem z nimi zaprzyjaźniona i to jest wspaniałe i miłe, mieć takich czteronożnych przyjaciół. Mam, za co dziękować.

Dochodziłam już do kapliczki i w pewnym momencie spojrzałam pod swoje nogi. Zobaczyłam w ubitej, twardej powierzchni górskiej drogi oczko, takie, jakie ma podkówka. W takie oczko jest wbijany gwoźdź, który trzyma podkówkę na kopycie konia.

To niemożliwe, aby tam, głęboko była zakopana podkówka- pomyślałam. Jednak ciekawość była mocniejsza niż niewiara. Zaczęłam kopać butem w tę ubitą, twardą ziemię. Ani nie drgnęła. Jednak po chwili udało mi się wykruszyć troszkę zaschniętego błota i odsłonił się zarys podkówki. Poczułam ogromną radość i wzruszenie. Dotarło do mnie (może to naiwne, ale czemu nie), że ta podkówka czeka na mnie od bardzo dawna, od momentu, kiedy pierwszy raz zjawiłam się przy tej kapliczce, gdy postanowiłam uczynić swoje życie szczęśliwe.

Wówczas nie mogłam jej zobaczyć, bo moje oczy nie widziały szczęścia. Teraz zauważają szczęście wszędzie i przyciągają je.

Z potężną determinacją postanowiłam wydostać tę podkówkę, uwiezioną głęboko, w tym „zabetonowanym” błocie. Zaczęłam szukać grubego kija, aby przy jego pomocy wydostać ją. Lecz niestety, nie znalazłam go, tylko wiotkie gałązki wierzby, która rosła obok kapliczki. Pomyślałam, że mam sobie poradzić tymi wiotkimi gałązkami, rękoma i nogami.

Jeśli czegoś bardzo chcesz( a ja bardzo, bardzo chciałam), to wydobędziesz z siebie taką moc, że uda ci się to osiągnąć. Wiedziałam już o tym. Wiedziałam, że o swoje szczęście trzeba wytrwale, cierpliwie zabiegać. Moja determinacja była tak mocna, że byłam gotowa paznokciami wykopywać swoje szczęście. Okazało się to zbędne, ponieważ kopiąc i dłubią patykiem w tej ziemi, z lekkością wydobyłam trzecią podkówkę. Jakaż wielka była moja radość. Jakież wielkie szczęście, wdzięczność. Trudno to opisać. Z radości krzyczałam, śmiałam się, bo przecież nie spodziewałam się, że jeszcze tu, w tym szczególnym miejscu, znajdę jeszcze jedną podkówkę. To przecież jest niezwykłe, magiczne. Jeszcze jeden dar.

Wypełniona byłam tak cudownymi uczuciami, emocjami, że wysyłałam je w świat, aby inni też ich doświadczali. Dzieliłam się z całym światem szczęściem, jakie odczuwałam. Pragnęłam, aby się rozmnożyło, aby było go coraz więcej i więcej i coraz więcej na tej pięknej planecie, na Ziemi.

Kiedy ochłonęłam z tych wzruszających emocji, uświadomiłam sobie, że ta trzecia podkówka ma dla mnie ważne przesłanie, wskazówkę. Intuicja podpowiadała mi, że chce mi pokazać dalsze wersje szczęścia, do których mam się dokopać. Są one głęboko ukryte, zakopane, tak jak ona była dotychczas. Czekają, abym je na wydobyła na zewnątrz. To było nowe zadanie, jakie otrzymałam z Góry, od Boga, Wszechświata. Podjęłam się go i otworzyłam się na nie.

Od tamtej pory upłynęły cztery lata i przez ten czas odnalazłam w sobie to szczęście, które było ukryte w moim sercu. Ta Boska iskra, ta diamentowa, Boska komórka świeci wyraźnie. Teraz promieniuje na zewnątrz i uszczęśliwia mnie i świat.

Lipiec 2014                                                                                   Antonina K. Hoszowska