MÓW O SOBIE DOBRZE, MYŚL O SOBIE DOBRZE, POKOCHAJ SIEBIE W PEŁNI

Uczono nas przez długie, długie lata, że nie należy się chwalić, że trzeba być skromnym, że nie można być mitycznym Narcyzem, który tak bardzo zachwycał się sobą, że nie dostrzegał, że inni są również piękni, tak, jak i on. To wszystko jest nadal aktualne, ale my ludzie w swojej skrajności poszliśmy dużo dalej. Wprowadzono i zaszczepiono nam program dostrzegania tylko negatywności w sobie i u innych. Program zalecał wynajdowanie, jak najwięcej ilości wad, niedoskonałości, gorzej – on nakazywał tworzyć negatywności, nawet kiedy ich nie było. Zbiorowa świadomość narzucała nam dostosowanie się do grupy i zgodnie z jej wartościami kreować określone braki.

Program działa do dziś i dużo ludzi realizuje go nieświadomie. Najlepszym przykładem są rozmowy w przychodniach zdrowia, kiedy to pacjent przed pacjentem stara się udowodnić, że to on jest bardziej chory od drugiego pacjenta. Osoby przysłuchujące się tym rozmowom również mentalnie podłączają się w te rozmowy, nieświadomie kreując w sobie te choroby, choć ich nie mają. Ta licytacja chorób jest dowodem na realizacje takiego negatywnego programu.

Nie będę się rozpisywać o tym programie, bo już za długo funkcjonował on w naszej, ludzkiej rzeczywistości. Pragnę się skupić na pozytywnym programie, z którym przychodzimy tu na Ziemię, i o którym szybko zapominamy, a on nadal jest w nas i czeka na naszą aktywację.

Dzieci przychodząc na świat są czyste, jasne, piękne, niewinne. Mają kontakt ze swoimi Aniołami, widzą aurę ludzi i zwierząt. Jednak z czasem stopniowo zaszczepiamy w nich program negatywny, program lęku, program choroby. Ubieramy je w „ubranka niedoskonałości”, wytykając im różne potknięcia, krytykując je, porównując z innymi dziećmi (rzekomo lepszymi). Kiedy idą do żłobka, przedszkola, a potem do szkoły, nakłada się im kolejne przyciasne ubranka, przypina łatki niedoskonałości i z takim balastem, ciasnym gorsetem wchodzimy w życie dorosłe.

Małe dzieci boją się przyznać, że widzą Anioły, aurę, bo będą wyśmiane, zawstydzone, wytykane, odrzucone od społeczności. Wprowadzony wstyd, szyderstwo budzi w nich nieśmiałość, kompleksy, niepewność, niewiarę w siebie ukrytą za zadufaniem, arogancją, wywyższaniem się i krytycyzmem, popisywaniem się – za maską, gębą, jak to wspaniale opisał Gombrowicz.

Za przykład niech posłuży przykład małej Tosi, wnuczki mojej siostry, która mając dwa latka, stawała przed lustrem, zachwycała się sobą i całowała swoje odbicie w lustrze. Ona widziała swoje piękno. Ona je dostrzegała, bo jej oczy i serduszko było czyste, nieskażone lękiem, wstydem. Swoimi czystymi oczkami widziała świat piękny i na nim się skupiała.

Program doskonałości, z którym przyszła na Ziemię, działał w niej i Tosia manifestowała go w pełni. Swoją osobą i swoimi czynami pokazywała nam, jak mamy zachwycać się sobą i otaczającym nas światem, jak mamy podziwiać i kochać Boskie piękno, Boskie dzieło, którym jest człowiek stworzony na podobieństwo Boga. Przypominała nam o tym, bo my już zapomnieliśmy, realizując całkiem odmienny program. Patrzyłam na nią i byłam szczęśliwa, że doświadczam łaski przypomnienia o moim boskim rodowodzie, Dziękowałam jej i błogosławiłam ją.

Wtedy przypomniałam sobie siebie sprzed trzydziestu lat, kiedy to czytając mądrą książkę Louisy Hay „Możesz uzdrowić swoje Życie”, próbowałam wykonać ćwiczenie z lusterkiem. Miałam patrzeć w lusterko i mówić do swojego odbicia w lusterku, że kocham siebie. Ja wtedy nie byłam w stanie patrzeć na siebie, na swoje odbicie, a cóż dopiero mówić sobie, że kocham siebie. Nie lubiłam siebie, nie kochałam siebie, nie znosiłam siebie. Widziałam tylko wady, niedoskonałości. Krytykowałam siebie non stop. Mimo wszystko próbowałam.

Po kilku latach to się zmieniło. Nastąpiła moja transformacja na wszystkich poziomach mojej istoty. Teraz nie mam problemów, aby mówić sobie, że się kocham siebie i mówić innym, że ich kocham. Często używam tych magicznych słów miłości i mówię to z głębi mojego serca, będąc w pełni świadoma wartości wypowiadanych słów. Nie mam problemów, aby patrzeć w swoje odbicie w lustrze (choć długo, długo nie potrafiłam spojrzeć na siebie siedząc na fotelu u fryzjera) i rozmawiać z sobą z miłością.

Przez ostatnie trzy tygodnie byłam egzaminowana z przerobionej nauki miłości do siebie samej. Przebywając w sanatorium, korzystałam dziesięć razy w ciągu dnia, a może i więcej, z windy, w której jedna ze ścian była wyłożona lustrem. Stałam naprzeciwko lustra i patrzyłam w swoje odbicie i okazywałam sobie dużo, dużo miłości. Nie miałam oporów, aby to robić z miłością i szczerością. Robiłam to dla siebie samej, dla świata. Każde nasze pozytywne emocje, myśli , słowa wypełniają otaczającą nas przestrzeń i płyną w świat.

Jeśli ten tekst będą czytać osoby, które nie zajmują się swoim rozwojem duchowym, rozwojem osobistym lub zamierzają dopiero to uczynić, mogą pomyśleć, że to wszystko jest nierealne i nie sprawdza się w życiu. Mają prawo tak pomyśleć. To jest ich wybór i ja to szanuję. Pragnę jednak dać za przykład osobę, która nie zajmuje się rozwojem duchowym, ale pragnie zmieniać swoje życie na lepsze.

Leszka, bo tak ma na imię ten młody człowiek, poznałam szesnaście lat temu. Przyjeżdżał raz na pół roku na czwartkowe spotkania z pozytywną energią, które prowadziłam w Legnicy. Przysłuchiwał się prowadzonym rozmowom i co jakiś czas nabierał w sobie odwagi na rozpoczęcie nowych projektów życiowych. W tym czasie zdecydował się zdobyć wykształcenie średnie w szkole wieczorowej. Potem przyszło małżeństwo, ojcostwo. No i praca.

Kiedy już nie organizowałam spotkań czwartkowych, nie było nam dane spotykać się. Wiedziałam, że pracuje jako ochroniarz i z tą pracą jest różnie. Jego żona i wspaniała teściowa (moja dobra koleżanka ), zapragnęły, abyśmy się wszyscy wspólnie wybrali na wycieczkę pod Ślężę. Brakowało nam wszystkich tych bliskich, serdecznych spotkań. Tak też się stało. Postanowiliśmy iść na magiczną Górę z Przełęczy Tąpadła.

Już na początku poproszono mnie, abym Mu pomogła, bo ma trudny okres w życiu. Jest znerwicowany, zmęczony wykonywaną pracą, która oddala go od rodziny i jest coraz bardziej niebezpieczna. Leszek bardzo liczył na te rozmowę i wierzył, że mogę mu pomóc. Miał zaufanie do mnie i poprosił mnie pomoc. Oddaliliśmy się od pozostałych osób i rozmawialiśmy z sobą idąc na Ślężę. Zaproponowałam mu, aby otworzył się na nową pracę, która już na niego czeka, na którą już jest gotowy. Wkrótce zobaczy ją w realu. W tej starej już go nie ma i to jest już zamknięty rozdział. Poradziłam mu, aby codziennie patrzył w lustro i mówił do siebie, że jest szczęśliwy, zdrowy, młody, że ma pracę, która go zadowala w pełni. Pozwala mu się rozwijać i zarabia tyle ile chce.

Zapytałam się go ile chce zarabiać, a wtedy zarabiał ok. 2 tysiące złotych. Powiedział, że chce zarabiać 5 tysięcy złotych. Odpowiedziałam, że zasługuje na tę sumę, bo sam sobie na nią pozwolił , sam dokonał tego wyboru, bo jest przekonany, że to mu się należy. Musi jednak pracować w ten sposób codziennie, systematycznie, nawet wtedy, gdy nie widzi jeszcze tego, co pragnie, aby się stało. Gdy skończyliśmy naszą rozmowę, dołączyliśmy do pozostałych i razem zachwycaliśmy się wspaniałą energia Ślęży.

Minęło pięć lat. Nie widzieliśmy się. Od jego żony dowiedziałam się, że pracuję KGHM i że jest bardzo zadowolony, że dobrze się mu układa w tej nowej pracy. Kupili własne mieszkanie. Urządzają je i zapraszają mnie wodospadna parapetówkę. Przyjechałam do nich i podziwiałam ich mieszkanie i cieszyłam się
ich szczęściem, błogosławiłam je i ich mieszkanie,ich bogactwo. Cieszyliśmy się wszyscy z naszego spotkania. W pewnym momencie Leszek zabrał głos i powiedział, że zapamiętał dobrze naszą rozmowę spod Ślężą i od tamtej pory przez cały czas, codziennie rozmawiał ze sobą przed lustrem. Teraz zarabia już te upragnione pięć tysięcy złotych i chce zarabiać jeszcze więcej. Awansuje, dokształca się, jest nagradzany. Czuje się doceniany, szanowany. Jest szczęśliwy, zdrowy, wierzy w siebie i tworzy nowe marzenia.

Kiedy mi to opowiadał to bardzo się cieszyłam i gratulowałam mu wytrwałości, wiary, ufności.

Polanica 6 maja 2016                                                                   Antonina K. Hoszowska