Gołębie, duchowość i ja

Zobaczyłam go całkiem ”przypadkiem”. Zatopiona w swoich myślach, czekałam na Przyjaciółkę, siedząc w swoim samochodzie. Patrzyłam przed siebie, nie uczestnicząc w tym, co się dzieje na zewnątrz. Moje problemy były najważniejsze.

Nie widziałam, że od dłuższego czasu szamoce się i próbuje uwolnić z metalowej pułapki. Nie zwróciłam nawet uwagi, kiedy pojawili się przy nim dwaj chłopcy, którzy z rozbawieniem przyglądali się jego rozpaczliwym próbom oswobodzenia. A on, siwy gołąbek, zaplątany w zagłębienie przedniej maski, stojącego przede mną samochodu, usiłował bezskutecznie uwolnić się. Wreszcie resztkami sił, wyrwał się z zakleszczenia i upadł bezradnie na ziemię. Przerażony i wyczerpany, wzywał pomocy. Chłopcy nadal patrzyli na niego rozbawieni i zaciekawieni.

Czerwone kwiatkiNagle usłyszałam jego rozpaczliwe wołanie o pomoc. Jego ból, przerażenie, wyrwało mnie z mojego świata. Ktoś równie, jak ja potrzebował pomocy i był znacznie słabszy ode mnie. Natychmiast zerwałam się z wygodnego siedzenia. Prawie wyskoczyłam z samochodu, lękając się czy zdążę, zanim jakiś kot lub pies ubiegnie mnie i rozszarpie biedne stworzenie. Już po chwili trzymałam go w swoich rękach, choć dotychczas wzdrygałam się przed dotykaniem zwierząt. Moje serce mówiło mi, że on potrzebuje natychmiastowej pomocy i wszystkie moje fobie, lęki znikły. Widziałam jego ból, cierpienie. Poczułam, jak z mojego serca popłynęła fala ciepła. Nagle ten mały, brudny i wychudzony gołąbek, stał mi się bardzo bliski, jak ktoś, kogo się bardzo kocha. Na jednej nóżce miał metalową obrączkę, a do drugiej przyczepiony „kamień”.

Tak, to był kamień u nogi, który ściągał go na dno rozpaczy. Tym kamieniem okazały się twarde, jak cement odchody z gołębnika. Oblepiły jego palce, tworząc coś na kształt kuli sporych rozmiarów. To właśnie ona uniemożliwiała mu odfrunąć. Pomyślałam, że trzeba natychmiast go uwolnić od tego balastu. Ale jak? Przecież nie mam przy sobie żadnych narzędzi, którymi mogłabym przeciąć stwardniałą skorupę. W mojej głowie pojawiła się błyskawiczna odpowiedź, że z tym problemem najlepiej poradzi sobie weterynarz i postanowiłam zaraz do niego pojechać.

Akurat w tym momencie wróciła moja Przyjaciółka i razem pojechałyśmy do lecznicy zwierząt. Niestety, zastałyśmy w niej drzwi zamknięte. Lekarz weterynarii miał przyjmować pacjentów dopiero za godzinę. Godzina to dużo czasu dla naszego cierpiącego stworzenia. Zmartwione rozglądałyśmy się za jakąkolwiek pomocą. Nasze wołanie o pomoc odebrał starszy mężczyzna, który jak się później okazało, był niegdyś zapalonym hodowcą gołębi pocztowych. Po obejrzeniu gołąbka, stwierdził, że jest on gołębiem aktualnie uczestniczącym w lotach, że jest bardzo młody i bardzo zabiedzony. Jego właściciel nie dba o niego, o czym najwyraźniej świadczył stan nóżki naszego nieszczęśnika. Postanowił mu ulżyć w cierpieniu i nożyczkami usiłował rozciąć stwardniałą skorupę. Nie było łatwo. Była tak twarda, że musiał użyć dużej siły i przecinać ją kawałkami. Dodatkowym utrudnieniem okazała się sącząca się krew, z zranionej nóżki, zasłaniając miejsce cięcia. W końcu, po kilku minutach, udało się oswobodzić gołąbka. Moja Przyjaciółka i ja byłyśmy szczęśliwe i przekonane, że za chwilę nasz gołąbek odleci i będzie wolny, a my wrócimy do swoich obowiązków.

Niestety tak się nie stało. Nasz pacjent był zbyt słaby, żeby móc odfrunąć. Mało tego, on nigdy już nie miał latać, ponieważ za bardzo się wyczerpał, o czym poinformował nas były hodowca gołębi.

– Najlepiej będzie jak panie zaniosą tego gołąbka do dobrego hodowcy gołębi – poradził i odszedł.

Zostałyśmy same z biednym, przestraszonym ptaszkiem. Zastanawiałyśmy się, gdzie w środku miasta można znaleźć hodowcę gołębi i to jeszcze dobrego? Nagle olśnienie spłynęło na moją Przyjaciółkę.

– Już wiem, pojedziemy na działki, a tam na pewno znajdziemy dobry gołębnik – zdecydowała.

Widok drzewa z dołuGdy dotarłyśmy na działki byłyśmy zmęczone i głodne. Sierpniowe słońce grzało niemiłosiernie. Zdeterminowane rozglądałyśmy się szukając gołębnika. Owszem znaleźliśmy go, ale nie zastaliśmy właściciela. Kobieta z sąsiedniej działki poinformowała nas, że może wieczorem pojawi się na działce, a do wieczora było jeszcze daleko, daleko. Nie chciało się nam czekać i postanowiłyśmy wrócić do swoich domów. Zdecydowałam, że zabiorę gołąbka ze sobą, do swojego mieszkania, które znajdowało się w sąsiednim miasteczku. Wracałam do domu samochodem. Na tylnym siedzeniu miałam wyjątkowego pasażera. Siedział w tekturowym pudełku i od czasu do czasu dawał znać o swojej obecności.

Prowadząc samochód myślałam o nim. Miałam nadzieję, że przez kilka dni zaopiekuję się nim, a on w tym czasie wzmocni się, nabierze sił i odfrunie. W domu okazało się, że mój gołąbek ma również niesprawną drugą nóżkę. Przewracał się, gdy usiłowałam go nakarmić i napoić. Był taki biedny, obolały i przestraszony. W moich dłoniach uspokajał się. Jego serduszko stopniowo uciszało się i zwalniało przyspieszone tętno. Nie chciałam przedłużać jego cierpienia i postanowiłam natychmiast udać się do lekarza weterynarii, tym razem innego. Nowy lekarz dokładnie zbadał drugą nóżkę i oświadczył, że złamanie nastąpiło już bardzo dawno, co prawda zrosło się, ale ten gołąbek nie będzie już chodzić. Wcześniej dowiedziałam się, że nie będzie mógł latać, ale cieszyłam się, że będzie mógł chodzić. Ta diagnoza załamała mnie.

To było już ponad moje siły, a co dopiero na siły małego, bezbronnego ptaszka. Poczułam ból w splocie słonecznym. Moje oczy zaszkliły się. Lekarz widząc to, zaproponował mi uśpienie go. Nie chciałam się na to zgodzić. Nie chciałam, żeby ten młodziutki gołąbek tak szybko zakończył żywot. On powinien jeszcze żyć i radować się życiem. Tak mówiło moje serce, a serce nie kłamie. Jeszcze raz poprosiłam lekarza o radę, co mogę zrobić dla mojego nieszczęśnika. Lekarz widząc moją determinację, poradził żebym zawiozła go do miejscowego hodowcy gołębi. Nie zastanawiałam się długo i po piętnastu minutach znalazłam się przed jego domem. Weszłam przez metalowa furtkę i nagle poczułam, że znalazłam się we właściwym miejscu.

Zobaczyłam ogród. Na środku ogrodu stało duże drzewo. Wokół niego ustawione były ławki, na których siedziało siedmiu sprawiedliwych mężczyzn. Promieniowali spokojem i życzliwością. Uśmiechali się do mnie ciepło, gdy opowiadałam im o losie mojego gołąbka. Słuchali uważnie i na koniec jeden z nich powiedział:

– Trafiła Pani do najlepszego miejsca, do jakiego mogła Pani trafić. Tutaj Pani gołąbek zakosztuje wreszcie spokoju, miłości i właściwej opieki. My zadbamy o niego najlepiej, jak potrafimy, bo my bardzo kochamy te piękne i mądre ptaki. Wszyscy zajmujemy się hodowlą gołębi pocztowych i bardzo nas boli, gdy ktoś je krzywdzi i nie dba o nie. Postaramy się ukarać niedbałego hodowcę, którego dane są wypisane na obrączce.

Słuchając tych słów stopniowo opuszczał mnie lęk o mojego małego przyjaciela. Moje serce było już spokojne i mówiło, że trafił on do gołębiego raju i tam będzie szczęśliwy. Teraz już mogłam spokojnie wrócić do domu.

Tuż przed zaśnięciem rozmyślałam nad minionym dniem. Moje myśli krążyły wokół spotkania z gołąbkiem. Zastanawiałam się, dlaczego go spotkałam? Jakie informacje miał mi przekazać? Na co zwracał moją uwagę? Dlaczego poświęciłam mu aż tyle czasu? Wiedziałam, że nie spotkałam go przypadkiem. Zastanawiałam się i szukałam odpowiedzi.

Słońce za drzewPierwsza odpowiedź, która nadeszła to ta, że zawsze kochałam i kocham te łagodne i delikatne ptaki. Zdałam sobie sprawę, że towarzyszą mi one wyraźnie od kilku lat, a szczególnie od momentu, gdy postanowiłam podążać ścieżką rozwoju duchowego. Kiedy to zdecydowałam się na desperacki krok rozpoczęcia życia na nowo, na odnalezienie swojej prawdziwej tożsamości. A droga, jaką podążałam nie była łatwa, chwilami wręcz niebezpieczna. W moim wieku już nie porywa się na takie szalone pomysły. Wtedy myśli się o pełnej stabilizacji, a nie o totalnej rewolucji w życiu osobistym i zawodowym. Potrzebowałam ogromnego wsparcia, pomocy. Wtedy pojawiły się przy mnie gołębie. Pojawiały się, gdy przychodziły momenty zwątpienia. Gruchały, czasem podrzucały mi swoje piórka. Towarzyszyły mi w podróżach, lecąc obok mnie. Nieraz zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że tyle kilometrów lecą ze mną. Widząc je czułam się bezpieczna. Wiedziałam, że nic złego nie może mnie spotkać, ponieważ są przy mnie moi Aniołowie. Tak, to były moje Anioły. One dawały mi siłę, wsparcie a szczególnie wówczas, gdy pokonywałam lęki, blokady. Były ze mną nawet, gdy przyszło mi spotkać się ze światem duchów, których tak panicznie wówczas bałam się. Nagradzały mnie śpiewem, kiedy uwalniałam się od fałszywych przekonań, stereotypów, kompleksów. Swoją obecnością utwierdzały mnie w podążaniu naprzód. Gdy nadeszła ciemna noc duszy były one jedynymi, oprócz Boga, moimi towarzyszami. W samotności, która była mi niezbędna, prowadziły po pachnących łąkach i sosnowych lasach. Dawały mi wskazówki, jak można pokojowo rozwiązać wszelkie problemy, nie tracąc nic ze swej godności. Były moimi nauczycielami. A teraz to ja miałam pomóc jednemu z nich. Temu młodemu gołąbkowi, który tak niefortunnie rozpoczął swój lot ku wolności. Jemu też mało, kto dawał szansę na przeżycie, na to, że będzie jeszcze latał, że będzie chodził. Na szczęście spotkał mnie, a moja intuicja i wytrwałość zaprowadziły mnie do właściwych ludzi. Wierzę, że uczynią oni wszystko, aby mógł on cieszyć się wolnością. Już rozumiałam sens mojej przygody i jej przesłanie. Mój rozum zaakceptował powyższe wytłumaczenie. Liczyłam, że lada moment zapadnę w błogi sen i może przyśnią mi się moje piękne ptaki. Niestety nie. Coś nie pozwalało mi zasnąć.

Czułam, że jeszcze nie wszystko właściwie odczytałam. Przed oczami ciągle przewijał się obraz z siedmioma sprawiedliwymi ludźmi. Oni nie pojawili się przypadkiem. Przewracając się z boku na bok rozmyślałam. W pewnym momencie przypomniałam sobie sen, który miałam, gdy decydowałam się pójść swoją, własną drogą rozwoju duchowego. W śnie widziałam siebie w sali wykładowej wśród innych ludzi, również uczących się i słuchających wykładów. Mentalnie odbierałam informacje, że nad nami debatują wybitni starcy, śmietanka duchowa, wyjątkowe autorytety, najwyżej stojący w jakieś ważnej hierarchii. Nie wiedziałam, kto to był, ale czułam, że to od nich będzie zależało moje życie i że właśnie w tym momencie debatują nade mną, nad moim przypadkiem. Mieli na sobie aksamitne, czarne i bardzo dostojne ubrania. Ich twarze były bardzo jasne, prawie białe. Biła od nich surowość i sprawiedliwość. Ktoś podpowiadał mi, że to była Najwyższa Instancja. Było ich siedmiu. Mentalnie przekazano mi odpowiedź, że zanim oni podejmą decyzje, mam przez ten czas „uczyć się, uczyć się, uczyć się…”. Na tym sen skończył się. Grzebiąc w swej pamięci nagle przypomniałam sobie, że ci dostojni starcy pojawili się potem za rok w innym śnie, zapraszając mnie do swojego ogniska, gdy zabłądziłam w lesie, a także później w innych snach, co jakiś czas opiekując się mną. Dawali mi bardzo ważne wskazówki. Zawsze byli surowi, ale sprawiedliwi. Po raz ostatni zobaczyłam ich w śnie, kiedy to poddałam się, na własne życzenie, bardzo trudnemu egzaminowi. Miałam stanąć przed wyjątkowo surową i obiektywną komisją egzaminacyjną. Składała się ona właśnie z tych szacownych starców. To oni mieli mnie ocenić, ocenić moje postępowanie, sprawdzić, jak wykonałam swoje zadanie, które mi powierzono. Na zewnątrz sali czekali moi przyjaciele wspierając mnie duchowo. Egzamin był trudny, ale poradziłam sobie doskonale. Zdałam i otrzymałam bardzo wysoką ocenę. Gdy wyszłam z sali moi przyjaciele cieszyli się moim zwycięstwem, a ja razem z nimi…

Radość ze snu zmieszała się z moją radością  na jawie – zrozumiałam przesłanie. Zrozumiałam sny i byłam podwójnie szczęśliwa. Siedmiu sprawiedliwych starców ze snu i siedmiu sprawiedliwych hodowców gołębi egzaminowało mnie.

Czyż nie jest to niesamowite?