Drzewko szczęścia

Zasadziłam je, gdy postanowiłam zmienić swoje życie. Zapragnęłam być szczęśliwą i spełnioną. Mała sadzonka szybko ukorzeniła się i zaczęła już samodzielnie torować swój wzrost w górę. Z czasem zaczęły wyrastać z jej głównej łodyżki nowe, młode listki, które szybko rozrastały się. Drzewko stawało się coraz piękniejsze i większe. Zachwycałam się nim i sprawiało mi dużo radości. Dbałam o nie, podlewałam, dokarmiałam mikroelementami i witaminami. A ono rosło i rosło w górę. Jego korona była coraz większa i większa.

Aż przyszedł czas, gdy musiałam opuścić mój dom, aby nauczyć się żyć w wolności, niezależności i w miłości. Wyruszając w nieznane zabrałam z sobą mojego ukochanego kwiatka. Towarzyszył mi w moich wędrówkach po obcych mieszkaniach i dawał nadzieję, że może wkrótce los się odmieni i przyjdzie do mnie szczęście a potem spełnienie. A szczęście nie przychodziło.

Doświadczałam tylko bólu i cierpienia. Przyjmowałam te uczucia z pokorą, że świadomością, że tak musi być, bo droga wolności i miłości nie jest drogą prostą i łatwą. Takie były moje wówczas przekonania i godziłam się na wszystko, co się z nimi się wiązało. Drzewko w tym czasie niezwykle szybko pięło się w górę budząc podziw, wśród licznie odwiedzających mnie znajomych. Miało piękne, grube i błyszczące liście, które promieniowały witalnością i radością. Co prawda od czasu do czasu cichutko prosiło mnie, żebym przesadziłam je do większej donicy, bo ta nie mogła już pomieścić jego korzeni, które z wielkim trudem utrzymywały wyjątkowo rozrośniętą koronę.

Ale ja nie chciałam go słuchać. Nie chciałam go przesadzać do innej donicy. Uważałam, że ta jest odpowiednia. Miała piękny kształt i nie zajmowała dużo miejsca na parapecie. Mnie odpowiadała, ale nie mojemu drzewku szczęścia. Ono miało własny tor rozwoju, swoją mądrość, o której wówczas nie miałam pojęcia.

W tym czasie żyłam nadzieją, że moja tułaczka po obcych mieszkaniach zakończy się, że wreszcie odpocznę w czystym, bezpiecznym miejscu. Kiedy tam trafiłam, moje drzewko zaczęło umierać Tak mi się wówczas wydawało. Jego piękne, rosnące w górę gałązki, rozłożyły się i opadły w dół. Przeraziłam się. To na pewno jest zły znak – pomyślałam i natychmiast postanowiłam je ratować. Podnosiłam gałązki i podpierałam je grubymi książkami. Wierzyłam, że odżyją, że znowu będą pięły się ku górze.

Jednak nie wszystko poszło po mojej myśli. Gałązki odżyły dopiero, gdy wróciłam, po dwuletniej tułacze, do swojego – wolnego już mieszkania. Teraz byłam już niezależna i wolna. To dało mi siłę. Pomyślałam o moim kwiatku. On też potrzebował wolności, przestrzeni i nowych treści. Wtedy przesadziłam go do dużo większej donicy-, jeszcze piękniejszej. Jego korzenie otrzymały nową, pełnowartościową ziemię. Wkrótce podziękował mi bujnym wzrostem. Jego gałązki i liście znowu pięły się w górę i zachwycały swoją urodą. Razem z nim cieszyłam się życiem. Radowałam wolnością. Mogłam zająć się wyłącznie sobą. Zagłębić się w siebie, w swoje wnętrze., Poznać swoją prawdziwą tożsamość. Podobnie było z moim kwiatkiem.

W pewnym momencie próbował znowu opuścić w dół swoje gałązki i odsłonić swój środek. Ja jednak lękając się, że się połamie, ponownie zastosowałam podpórki. Chciałam, żeby nadal rozwijał się tak, jak dotychczas, żeby był taki a nie inny. Uważałam, że był piękny Miał przecież tak interesująco ukształtowaną koronę,. Dużo drobnych liści. Jego gałązki, co prawda za bardzo pionowo pięły się do słońca i były za cienkie do udźwignięcia licznie obrastających je liści. Jednak bujnie rosły i były takie delikatne. Próbowałam powstrzymać jego otwarcie się, odsłonięcie środka- jego serca.

Drzewko szczęścia w glinianej doniczceAle on już mnie nie słuchał. Kierował się własną mądrością. Poddałam się i wyniosłam go na balkon. Oddałam w ręce słońca a ono łagodnie, nie łamiąc gałązek otworzyło moje drzewko szczęścia. Rozwinęło się je, jak piękną różę. Po kilku tygodniach z jego „serca” wyłoniły się piękne, duże liście. Były dużo piękniejsze i bardziej okazałe. Wypełniły pusty dotychczas środek tworząc misterną rozetę. Stare gałązki delikatnie rozchyliły się pozwalając młodym listkom odsłonić swoje piękno. Ich witalność, ekspresja emanowała na pozostałe gałązki i liście. Wybujałe gałązki nabierały objętości, wypełniały się życiodajną energią i zaczęły spiralnie piąć się w górę. Teraz były grube i mięsiste.

Nie wszystkie gałązki kwiatek chciał zatrzymać przy sobie. Najniżej rosnących pozbył się w sposób bardzo łagodny. Nie wysyłał do nich życiodajnej energii. Pozbawione energii, odpadały jeszcze zielone i żywe, stając się nową sadzonką w innej doniczce moich przyjaciół.

Natomiast stare, porażone słońcem listki, stopniowo kurczyły się i samoistnie odpadały. Na ich miejsce pojawiły się nowe, większe i bardziej zielone. Z każdym dniem moje drzewko szczęścia stawało się i staje się coraz piękniejsze i radośniejsze. A cudowna energia, która wypływa z jego centrum, z jego środka, z jego serca promieniuje szczęściem. Dzielę się nim z tymi, którzy je pragną, bo szczęściem trzeba się dzielić, bo wtedy się ono pomnaża.