Czas zmian, czas transformacji

Wczoraj wróciłam z warsztatów. Warsztatów, których wiodącym tematem była huna. Huna, to dla wielu ludzi, nieobeznanych z tym tematem, jest słowem niebezpiecznym, tajemniczym, graniczącym z magią. Lękają się tego słowa i wolą go omijać szerokim łukiem. A huna to nic innego jak tajemnica o nas samych. To doskonała psychologia, która pozwala nam poznać nas samych, takimi, jakimi naprawdę jesteśmy. To szansa, aby uczynić nasze życie szczęśliwe i spełnione. To możliwość usunięcia ograniczeń, starych przekonań, wzorców, które nie pozwalają nam zobaczyć naszą Doskonałość. To wejście w siebie i odkrycie naszego prawdziwego Ja. Dla wielu ludzi spotkanie z sobą samym jest najtrudniejsze. Wolą zajmować się kimś innym, wolą podróżować po świecie, ale nie mają odwagi zająć się sobą samym, nie mają odwagi na podróż w głąb siebie. To jest ich zdaniem zbyt niebezpieczne, nieciekawe, mało interesujące. Stąd też, ten lęk, przed nieznanym słowem huna. Lęk wynikający z niewiedzy, nieświadomości, bo kiedy praktycznie poznamy hunę, to wówczas odkryjemy, że prawa huny spotykamy w podręcznikach psychologii.

Różne były intencje ludzi, którzy zjawili się na tych warsztatach. Różne też były ich oczekiwania a jeszcze różne owoce warsztatów. Nikt jednak nie wyjechał taki sam jak przyjechał. We wszystkich dokonały się zmiany. Podświadomość rejestrowała te zmiany. Usuwała stare przekonania, wprowadzała nowe- pozytywne. Już od pierwszego dnia pobytu pod magiczną górą Ślężą, zaczynały się dziać „cuda” przemiany. Nie wszyscy byli gotowi na te zmiany. Bardzo bronili się przed nimi. Jedna z koleżanek, z którą robiłam proces NLP, przez długi czas obstawała, że chce być taką, jaką jest, że taka jej odpowiada a jednocześnie prosiła o proces przemiany. A kiedy w końcu otworzyła się na zmiany, nagle zobaczyła siebie brudną, szarą i smutną. To był początek jej zmian i początek warsztatów. Od tego momentu z dnia na dzień odkrywała siebie na nowo. Uświadamiała sobie, że zawsze posiadała niezwykłe umiejętności, z których nigdy nie krajobraz z górami w tlekorzystała i traktowała je, jako coś zbędnego, niepotrzebnego. Z małej dziewczynki stopniowo przemieniała się w dojrzałą kobietę. Jej twarz szlachetniała, piękniała. Coraz rzadziej nosiła upiętą na czubku głowy dużą, różowa kokardę ( kobieta po czterdziestce). Co prawda, różowa kokarda, była jeszcze upięta we włosy, ale już nie na czubku głowy, lecz z tyłu, na małym koczku.

Ogromnym wsparciem, w naszych przemianach, było palenie ognia Agnihotry. O wschodzie i zachodzie słońca w sześciu, a raz nawet w siedmiu, piramidkach zapalaliśmy uzdrawiający i niezwykle energetyczny ogień Agnihotry. Święty ogień oczyszczał nas z naszych słabości, napełniał siłą, odwagą i wiarą dokonania pozytywnych zmian w nas. Delikatny, snujący się na koniec palenia, dym, łagodnie otulał nas otwierając nasze serca na miłość do siebie i do świata, na szczęście, które dane jest każdemu o ile się na nie otworzy.